PO DRUGIEJ STRONIE OBRAZU

O tym, co odkryliśmy po drugiej stronie obrazu

PO DRUGIEJ STRONIE OBRAZU  11.05-30.06.2017

WYSTAWA W GALERII ARTYKWARIAT

 6

Czy wszystko już było?

W maju i czerwcu mieliśmy w Artykwariacie niezwykłą wystawę. Potrzebowaliśmy nowości, świeżości w spojrzeniu na sztukę. Czy wszystko już było? Czego jeszcze nie pokazywano? Od zawsze nęciła nas materia malarstwa, to, co jest domeną konserwatora, a do czego zwykły śmiertelnik nie ma dostępu: te wszystkie kliny, łatki, nalepki z wystaw! I tak odwrocia obrazów, dotychczas zawsze ukryte, pomijane, niedoceniane, tym razem ujrzały światło dzienne. Dzisiaj, już po zamknięciu ekspozycji, zastanawiam się, czego się dowiedzieliśmy i nauczyliśmy dzięki odwrociom?

 

18404241_400800566986360_3991749560450139249_o (1)

Oficjalny początek, czyli wernisaż wystawy

 

Obraz jako całość

Etap obmyślania koncepcji i przygotowań wystawy „Po drugiej stronie obrazu” wymagał nie lada kreatywności: takiej wystawy jeszcze nie było. Trzynaście lat wcześniej w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku pokazano odwrocia, skupiając się jednak na obecnych tam przedstawieniach malarskich. A dwa lata temu Muzeum Sztuki Nowoczesnej wyeksponowana z dwóch stron obrazy Andrzeja Wróblewskiego – ale i tu skupiono się na dwustronnych obrazach artysty. A my w Artykwariacie chcieliśmy czegoś innego, nieznanego: poznania odwroci jako takich, jako materii, konstrukcji i ukrytej w nich historii. Interesowały nas jako „ciało obrazu”: podstawa dla tego, co namalowane. Ważne więc stało się wszystko, co znaleźliśmy na odwrociach. Doceniliśmy każdą krajkę, ślad dłuta, odcisk pieczęci, gwóźdź. Nie pomijaliśmy niczego, zrywając z porządkiem, który stawia to, co namalowane, ponad innymi elementami obrazu.

I to była pierwsza nauka płynąca z wystawy. W obrazie ważne jest WSZYSTKO: warstwa malarska, płótno lub deska podobrazia, sposób oprawy, konstrukcja blejtramu, stan zachowania tychże elementów, a także obecność i kondycja materiałów dodatkowych: nalepek, oznaczeń, napisów. To kluczowe nie tylko dla muzealnika, ale też prywatnego kolekcjonera. Wszystko to może powiedzieć nam, jak stary jest obraz i jak długo jeszcze pożyje, skąd się wziął, do kogo należał i co się z nim działo. Spojrzenie na tył malowidła, może ustrzec nas przez wpadnięciem w pułapkę falsyfikatu. Nie zapominajmy o bokach! Warto przed zakupem wyciągnąć z ramy lub zza szkła bo coś, co wygląda na przepiękny „olej na płótnie” może być podmalowaną fotografią lub oleodrukiem.

 

 18359462_399062153826868_8070722779688663586_o

Wyzwania techniczne: jak bezpiecznie i efektownie pokazać obraz z dwóch stron

 

To oczywiste, że dzięki wystawie pogłębiliśmy wiedzę – o malarstwie, artystach i historii. Ale przez myśl nam nie przeszło, ile dowiemy się o… dendrologii. A przecież, tak jak obrazy, drzewa nie lubią diametralnych wahań temperatury i wilgotności, preferując łagodny mikroklimat. Olejki eteryczne, wykorzystywane w terpentynie, służą sosnom do ochrony przed pasożytami, podobnie jak garbniki zawarte w drewnie dębowym.

Wystawa po raz kolejny udowodniła, że świat muzeów i muzealników może być bardzo przyjazny i otwarty na inicjatywy takie, jak nasza. Spotkaliśmy się z wielką życzliwością Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Mazowieckiego w Płocku. Szczególnie dziękujemy panu Piotrowi Michałowskiemu z poznańskiego Muzeum za przekazanie ogromnej wiedzy o wypożyczonym „Kuszeniu św. Antoniego”.

Wspaniałe muzealne odwrocia: XVIII-wieczne „Kuszenie św. Antoniego” z Muzeum Narodowego w Poznaniu i „Pejzaż” Jana Stanisławskiego z Muzeum Mazowieckiego w Płocku

 

 Na czym malował van Gogh?

Po drugiej stronie obrazu odkryliśmy też niesamowitą sensualność sztuki, jej cielesność. Podczas zajęć z młodzieżą i warsztatów na Nocy Muzeów wspólnie z widzami odkrywaliśmy i ulegaliśmy fascynacji namacalnością sztuki. Smakowaliśmy olej lniany, by poczuć, co leży u podstaw malarstwa olejnego. Badaliśmy kawałki różnych gatunków drewna, by poznać trwałość dębu i miękkość lipy. Sprawdzaliśmy wytrzymałość tkaniny płóciennej, zbijaliśmy deski blejtramów. Unikalną sytuacją dla wielu odbiorców naszych wydarzeń była możliwość samodzielnego czyszczenia starego, zabrudzonego płótna patyczkiem nasączonym terpentyną. To był kontakt ze sztuką niemożliwy do doświadczenia w muzeum.

 

141414

Tłumy, istne wariactwo i bachanalia sztuki na Nocy Muzeów 2017

 

Wystawa otworzyła nam oczy na problemy znane wąskiemu gronu konserwatorów sztuki. Jak prostuje się wygiętą deskę podobrazia, by nie dopuścić do pęknięć i zniszczeń warstwy malarskiej? Katarzyna Męczyńska z Muzeum Narodowego w Poznaniu wygłosiła wykład o wyzwaniach konserwacji dzieł. Bohaterem tej prelekcji była słynna „Plaża w Pourville” Claude’a Moneta: wycięta z ramy i skradziona, a po odnalezieniu pieczołowicie sklejana tak, aby naciągnąć ją na oryginalny blejtram. Drugi wykładowca, Mirosław Wachowiak z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, opowiedział o specyfice lnianych i drewnianych podobrazi. W pamięci utkwiła nam szczególnie historia płócien Vincenta van Gogha pochodzących z kolekcji Muzeum van Gogha w Amsterdamie. Zostały one przebadane komputerowo i analizowane pod kątem splotu nici i ich biegu, zwłaszcza tam, gdzie widać odkształcenia po naciągnięciu na blejtram. Odkryto, że kilkadziesiąt obrazów pochodziło z jednej beli tkanej maszynowo, pociętej następnie i sprzedanej van Goghowi. Po co nam ta wiedza? Jak powiedział pan Wachowiak: „W tej sytuacji fałszerz ma niewiele do powiedzenia”.

 

18953526_414382978961452_2494852776630704650_o

Katarzyna Męczyńska wprowadza w tajniki konserwatorskiego fachu

 

Odkryć tajemnicę

Zamierzone na wystawie odwrócenie perspektywy było ożywcze. Lico obrazu może być przecież miłe, ale typowe, natomiast odwrocie stanowić konstrukcyjny majstersztyk lub kryć niesamowitą tajemnicę z przeszłości. Tak było w przypadku „Żółtych i czerwonych róż w wazonie” Władysława Ślewińskiego. Owszem, martwa natura piękna, ale jakie odwrocie! Odcisk pieczęci zostawiony przez żonę malarza, Eugenię Ślewińską. Numeracja, dodana prawdopodobnie przez Władysławę Jaworską, badaczkę Ślewińskiego, ze swadą opisującą w swych książkach losy spuścizny artysty. Na odwrociu znajdziemy też nalepki z kolekcji Arthura Altschula, nowojorskiego prawnika, kolekcjonera i filantropa. Jest też ślad po aukcji w Sotheby’s, dzięki której obraz trafił do Polski. Istny labirynt informacji, ale i twarde dowody na wyśmienitą proweniencję. Rarytas! Więcej na ten temat poczytacie Państwo w sierpniowym Arteonie. W czasie trwania wystawy wygłosiłam wykład o tym, jak ważna jest  wiedza o pochodzeniu dzieła. Ten temat powróci do nas we wrześniu. Zapraszamy na najbliższe Spotkaniu ze Sztuką w Artykwariacie 21 września 2017 roku. Katarzyna Zielińska, specjalistka z Wydziału Strat Wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, opowie o badaniach proweniencyjnych dzieł sztuki.

15515551

Zaskakujące odwrocie obrazu Ślewińskiego

Bywają wystawy, które zdają się nie potrzebować odbiorców: my chcieliśmy, żeby widzowie zaangażowali się w temat maksymalnie. Zaprosiliśmy więc wszystkich do akcji „Odwróć obraz”. W domu, antykwariacie, gdzieś w mieście są obrazy, które można odwrócić i lepiej poznać. Dostaliśmy ciekawe zdjęcia, pokazujące inwencję odbiorców. To można wciąż robić! Bądźmy twórcami naszych prywatnych wystaw: odwracajmy obraz, badajmy je, poznawajmy!

Nadesłane zdjęcia, a wśród nich fotel z widoczną na odwrociu nalepką fabryki.

 

Przy wystawie „Po drugiej stronie obrazu” wyszliśmy poza jeszcze jeden schemat: papierowego katalogu. Nasz katalog jest dostępny w internecie, czyli wszędzie! Wyczerpany nakład, niedostępność – to nas nie dotyczy. Wejdźcie na stronę galerii http://www.artykwariat.pl/katalog.pdf i do woli, bezpłatnie korzystajcie z naszej wiedzy i pięknej oprawy graficznej autorstwa Witolda Dobaczewskiego.

 zrzut z katalogu

Fragment katalogu z detalami „Sceny w salonie” Jeana Carolusa

 

Być kuratorem takiej wystawy, to powód do dumy i szczęścia. Wymarzona sytuacja, w której możemy poświęcić obiektom tyle czasu, ile potrzebujemy, z bliska oglądając każdy detal, ostrożnie dotykając i zastanawiając się nad każdą ryską czy wgłębieniem – smakując obraz. I tego życzę wszystkim miłośnikom sztuki!

 18118917_391010044632079_5605525092586943417_n

Plakat wystawy „Po drugiej stronie obrazu”

Dorota Żaglewska

KRÓLEWSKA PASJA I ALCHEMICZNY SPRYT

Królewska pasja i alchemiczny spryt

 

Czym jest porcelana? Oczywistą z pozoru odpowiedź Europejczycy poznali dopiero w XVIII wieku. Jak do tego doszło, co trzeba było poświęcić, kogo uprowadzić…? Historia wynalezienia sposobu wytwarzania porcelany na terenie Europy okraszona była wieloma osobistymi dramatami, lecz ostatecznie uwieńczona została spektakularnym sukcesem.

Miseczka do herbaty i spodek, KPM Miśnia, 1774 r.  fil. wys 4 cm, śr.7 cm, sp. 12 cm

Miseczka do herbaty i spodek, KPM Miśnia, 1774 r.
fil. wys 4 cm, śr.7 cm, sp. 12 cm

Najcenniejszy skarb z Dalekiego Wschodu

Pierwsze wzmianki o porcelanowych naczyniach pochodzą z zapisków weneckiego kupca Marco Polo[1], który pod koniec XIII wieku udał się do Chin i tam pierwszy raz ujrzał „białe złoto”. Chcąc przybliżyć Europejczykom specyficzny wygląd naczyń wykonanych z białej glinki kaolinowej, podróżnik porównał je do muszli podwodnego stworzenia z gatunku porcellana[2]. Trafność tego zestawienia jest niezaprzeczalna: owe muszle, podobnie jak porcelanowe naczynia charakteryzują się przeświecalnością, oraz białą, połyskliwą powierzchnią pokrytą drobnymi plamkami przypominającymi abstrakcyjną malaturę. Za sprawą Marco Polo, w Europie rozniosła się sława szlachetnego materiału, zwanego od tego momentu porcelaną.

Kolejny krok milowy w sprowadzeniu porcelany na europejskie stoły uczynił pod koniec XV wieku Portugalczyk Vasco da Gamma, odkrywając drogę morską do Indii. Dzięki stałym kontaktom handlowym z Azją zamożni Europejczycy mogli korzystać z dóbr, które wcześniej nie były im znane. Należały do nich m.in. przyprawy korzenne, jedwab, egzotyczne gatunki drewna czy właśnie porcelana, która stała się towarem niezwykle pożądanym i kosztownym. Posiadanie śnieżnobiałych naczyń wiązało się z wysoką pozycją społeczną i nieprzeciętną zamożnością. W uboższych kręgach społeczeństwa o porcelanie zaledwie słyszano, znano ją tylko z opowieści, co powodowało narastanie wokół niej historii z pogranicza świata magii i parafizyki. Pogląd o pękaniu porcelanowych naczyń w zetknięciu z trucizną był jednym z najbardziej rozpowszechnionych przesądów w XVI wiecznej Europie. Nie trudno się zatem dziwić porcelanowej gorączce, która opanowała nasz kontynent na początku czasów nowożytnych.

Muszle zwierząt zwanych po włosku porcellana.  Źródło: thelakesofwada.wordpress.com

Muszle zwierząt zwanych po włosku porcellana.
Źródło: thelakesofwada.wordpress.com

Królewska pasja i alchemiczny spryt

Zapotrzebowanie na porcelanę rosło. Do Europy przybywały liczne statki wypełnione po brzegi naczyniami wykonanymi z najszlachetniejszej ceramiki. Z zamiłowania do wyrobów porcelanowych słynął m.in. elektor saski August Mocny. Dobitnym świadectwem na tę słabość są plany budowy pałacu Japońskiego w Dreźnie, którego pomieszczenia miały być w całości wyposażone jedynie porcelaną. Wydawanie znacznych sum pieniędzy na kosztowne hobby Augusta Mocnego znacznie nadwyrężało skarb państwa, dlatego konieczne było znalezienie sposobu na obniżenie kosztów transportu porcelany lub pozyskanie dodatkowych środków na rozrzutne zakupy władcy. Od tego momentu historia nabrała tempa, zamieniając się w iście sensacyjną opowieść. August Mocny usłyszawszy o pewnym berlińskim alchemiku Janie Fryderyku Böttgerze, który podejmował próby wytworzenia złota z nieszlachetnych metali upatrywał w nim nadzieję na stałe, duże dostawy kruszcu, za który mógłby kupować kolejne porcelanowe cuda. Niestety, Böttger po kilku nieudanych próbach, przekonany, że nie będzie w stanie zrealizować zachcianki władcy postanowił uciec z Drezna. August Mocny nie dał za wygraną i podążył za alchemikiem, by po znalezieniu zbiega uwięzić go na dobre i wymóc na nim rozwiązanie zagadki. Nie było wyjścia – Böttger albo znajdzie sposób na wytwarzanie złota albo zostanie skrócony o głowę. Do rozwiązania konfliktu przyczyniał się współpracujący z alchemikiem doradca Augusta Mocnego – baron Ehrenfried von Tschirnhaus, saski matematyk, fizyk i filozof[3], który przekonał władcę, że próba wytworzenia złota najprawdopodobniej spełznie na niczym, lecz odkrycie receptury na masę porcelanową ma szansę powodzenia. Po czterech latach prób, dokładnie 15. stycznia 1708 roku, więzionemu alchemikowi udało się wyjąć z pieca pierwsze naczynia przypominające chińską porcelanę. Po udoskonaleniu procesu produkcji, w 1710 roku w Dreźnie powstała pierwsza europejska wytwórnia porcelany, którą po pół roku przeniesiono do Miśni. Niestety, Böttger ciężko doświadczony przez swojego ciemiężyciela i pracodawcę popadł w alkoholizm i umarł przedwcześnie.

Do dzisiaj zachowały się okazy sztuki porcelanowej z pierwszej połowy XVIII wieku, a także „nieudane” próby znalezienia receptury na idealnie białe, przejrzyste, dźwięczne naczynia. Należą do nich przykłady kamionki Böttgerowskiej tzw. protoporcelany, która charakteryzuje się czerwoną barwą i stanowi obecnie cenne świadectwo historii.

Pojemniki na herbatę z kolekcji Muzuem Pałac w Wilanowie. Niemcy, Miśnia 1710 – 1719, Kamionka czerwona, czarno szkliwiona, srebrzona i relief z formy. Źródło: www.wilanow-palac.art.pl

Pojemniki na herbatę z kolekcji Muzuem Pałac w Wilanowie. Niemcy, Miśnia 1710 – 1719, Kamionka czerwona, czarno szkliwiona, srebrzona i relief z formy. Źródło: www.wilanow-palac.art.pl

Z trudem wypracowana przez Böttgera receptura na wytwarzanie porcelany była pilnie strzeżona. Jak to zazwyczaj bywa z największymi tajemnicami – wiadomość szybko rozeszła się po całej okolicy. Na początek trafiła do Wiednia, a już w połowie wieku XVIII porcelanę na wzór miśnieński wytwarzano w wielu europejskich miastach na terenach dzisiejszych Niemiec, Austrii, Francji czy Włoch.  

Filiżanka i spodek, KPM Miśnia, 1740-1780 r.  fil. wys. 4,8 cm, śr. 8,6 cm, sp. śr. 13,8 cm

Filiżanka i spodek, KPM Miśnia, 1740-1780 r.
fil. wys. 4,8 cm, śr. 8,6 cm, sp. śr. 13,8 cm

Osiemnastowieczne naczynia miśnieńskie należą obecnie do rzadko spotykanych na rynku sztuki. W kolekcji ARTYKWARIATu znajdą Państwo kilka perełek z tego czasu. Trzymając w ręce filiżankę powstałą w najstarszej wytwórni porcelany na terenie Europy dotykamy znaczącego kawałka historii świata.  

 

 

 

Literatura:

  1. Jan Diviš Porcelana Europejska, Wydawnictwa artystyczne i filmowe, Warszawa 1984
  2. George Savage Porcelana i jej historia, PWN, Warszawa 1977
  3. Spotkania z zabytkami nr 10, Wanda Załęska Miśnieńska „czerwona” porcelana


[1] Jan Diviš Porcelana Europejska, Wydawnictwa artystyczne i filmowe, Warszawa 1984, s. 10.

[2] George Savage Porcelana i jej historia, PWN, Warszawa 1977, s. 55.

[3] Spotkania z zabytkami nr 10, Wanda Załęska Miśnieńska „czerwona” porcelana, s.7.

MISTRZOWIE, SKANDALE, OPERA I ELEGANCKIE WYNALAZKI OPTYCZNE

MISTRZOWIE, SKANDALE, OPERA I ELEGANCKIE WYNALAZKI OPTYCZNE

Giuseppe Verdi, Giacomo Puccini, Georges Bizet, Wilhelm Richard Wagner, Stanisław Moniuszko, Piotr Czajkowski, Gioacchino Rossini; to zaledwie kilka spośród wielu, wielkich nazwisk mistrzów – kompozytorów, których twórczość przyczyniła się do dynamicznego rozwoju opery w XIX wieku. Opera, z łaciny „dzieło”, to dzieło, które syntetyzuje sztuki będące osobnymi formami artystycznego wyrazu. Jest gatunkiem muzycznym, w którym muzykę instrumentalną i wokalną wzbogaca dramatyzm gry aktorskiej, choreografia ruchu scenicznego, plastyka scenografii i strojów, osnową natomiast staje się konkretna fabuła czyli libretto. Począwszy od końca wieku XVI aż do czasów współczesnych forma przedstawień ewoluowała, a wynalazki czasów zajmowały ważne pozycje także w kontekście opery.

Scena z opery „Hipolit i Arycja” Jeana-Philippa Rameau, w Operze Paryskiej,  źródło: www.nytimes.com

Scena z opery „Hipolit i Arycja” Jeana-Philippa Rameau, w Operze Paryskiej,
źródło: www.nytimes.com 

Wynalazkami wchłoniętymi przez scenę była różnego rodzaju maszyneria teatralna, urozmaicająca wydarzenie muzyczne i ubogacająca dekorację, której ogromny przepych był popularny głównie w dobie baroku, do czego przyczynił się nie kto inny jak Giovanni Lorenzo Bernini. Rozwój opery jako gatunku był niewątpliwym przyczynkiem do projektowania i realizacji fantastycznych przedsięwzięć architektonicznych, przystosowanych do nowych możliwości. Scena w teatrze operowym (zwanym potocznie operą) jest dużo większa niż w teatrze dramatycznym, czy operetkowym; wyposażona w zapadnie mogące zmieścić dekoracje wielkości sceny głównej. Największą sceną operową na świecie może poszczycić się Teatr Wielki w Warszawie – Polska Opera Narodowa. Specyfika głośności spektakli operowych, w których doskonale słychać instrumenty, a także wokalnie szkolonych aktorów, którzy głównie śpiewają, przez co słyszani są lepiej niż aktorzy recytujący, pozwoliła również  powiększyć widownię, stąd gmachy operowe mieszczą ogromne ilości widzów.

Niesamowite możliwości wokalne Diany Damrau, w Arii Królowej Nocy z „Czarodziejskiego Fletu” Mozarta; https://www.youtube.com/watch?v=dpVV9jShEzU

Niesamowite możliwości wokalne Diany Damrau, w Arii Królowej Nocy z „Czarodziejskiego Fletu” Mozarta; https://www.youtube.com/watch?v=dpVV9jShEzU

Wielka widownia i rozbudowane foyer sprzyjały spotkaniom, a przedstawienia operowe przyciągały tłumy eleganckich dam i dżentelmenów chcących pokazać się w towarzystwie, nasycić sztuką, zdobyć nowe znajomości i być na bieżąco z trendami w muzyce i modzie. Wiele osób kierowało się względami wyłącznie towarzyskimi, nierzadko także rządzą skandalu, ci zaś, którzy chcieli oddać się kontemplacji sztuki, wcześniej musieli się odpowiednio przygotować. Jak bowiem dojrzeć z najwyższego balkonu piękne szczegóły dekoracji i charakteryzacji, bogatą scenografię, czy twarz ulubionego aktora, którego nie wystarczy słyszeć by wyjść szczęśliwym z przedstawienia. W połowie XIX wieku udostępniono wynalazek, często nieodzowny w operze także dziś.

Lornetka operowa (ang. theater binoculars, fr. jumelles de theatre, niem. Theaterglas), stała się wybawieniem dla wielbicieli piękna wizualnego i gwarancją ich satysfakcji nawet przy podziwianiu przedstawienia z bardzo dużej odległości. Charakteryzuje się ona ograniczonym powiększeniem. Największe dopuszczalne w tego typu obiekcie jest powiększenie pięciokrotne, nie większe, by zminimalizować drganie obrazu i zachować jak najszersze pole widzenia. Za idealne, uznaje się lornetki operowe o trzykrotnym powiększeniu. Kolejną cechą charakterystyczną i równie ważną jest wygląd samej lornetki.

Lornetka operowa, Francja, Paryż, 1890 - 1900, kolekcja ARTYKWARIATu, fot. Maciej Strzelczyk

Lornetka operowa, Francja, Paryż, 1890 – 1900, kolekcja ARTYKWARIATu, fot. Maciej Strzelczyk

W operze od zawsze obowiązywał bardzo elegancki dress code, panie wkładały wystawne suknie, panowie galowe stroje, tak jest lub – realnie rzecz biorąc – chciałoby się, by było także dziś. Do tego rodzaju stylizacji starano dopasować wszelkie dodatki, jednym z nich jest lornetka. Wymagano by był to obiekt niewielki, najlepiej ze składaną rączką, zdobny niczym biżuteria, dodający uroku osobie przez niego patrzącej, a nie oszpecający twarz. Lornetki operowe pozłacano, ozdabiano reliefowymi obrazami, barwiono szlachetną emalią, okładano macicą perłową, a także grawerowano. Stawały się one ozdobnym dopełnieniem ubioru, a im były ciekawsze, lżejsze, bardziej dekoracyjne, tym większym cieszyły się powodzeniem. Współcześnie także wykonuje się lornetki operowe, nie ma dla nich jednak doskonalszego wzorca niż pierwsze takie obiekty z XIX wieku. Stąd, spotkać można uproszczony model tego małego przyrządu optycznego, zazwyczaj dekorowany wyłącznie masą perłową, często także jej imitacją.

Lornetka z kolekcji ARTYKWARIATu, detal, fot. Maciej Strzelczyk

Lornetka z kolekcji ARTYKWARIATu, detal, fot. Maciej Strzelczyk

W kolekcji ARTYKWARIATu znalazł się obiekt niezwykły – bardzo dekoracyjna lornetka z przełomu XIX i XX wieku, z wyciąganą rączką obłożoną macicą perłową, pozłacana, oraz zdobiona czarną i białą emalią. Wyprodukowana została w Paryżu, zapewne z przeznaczeniem użytkowania przez wielbicieli Opery Garnier, a musiała być tam niezbędna, gdyż widownia w gmachu paryskiej opery ma aż 2200 miejsc siedzących. Należy do dziesięciu oper na świecie o największej widowni, a jest szóstą pod względem liczby miejsc.

Lornetka z kolekcji ARTYKWARIATu, fot. Maciej Strzelczyk

Lornetka z kolekcji ARTYKWARIATu, fot. Maciej Strzelczyk

 Niektórzy z szanownych czytelników spytać mogą, cóż takiego szczególnego można zobaczyć przez lornetkę w operze, czego nie widać gołym okiem? Do wzięcia lornetki na przedstawienie operowe zachęciła mnie chórzystka Teatru Wielkiego im. Moniuszki w Poznaniu, zdradzając kilka szczegółów, które często widoczne są tylko dla aktorów. Jednym z nich jest scenografia „jedzeniowa”, doskonale przygotowana uczta choćby w „Weselu Figara” Mozarta, jest prawdziwym posiłkiem, który spożywają aktorzy, lecz prawdziwa jest tylko do połowy… połowa rozdzielanej szynki jest sztuczna, a z kremowego tortu można zjeść wyłącznie winogrona, które go zdobią. Warto również przyjrzeć się „bliżej”- być może na trzykrotnym powiększeniu – dopracowanym detalom strojów z epoki czy makijażom. Współcześni widzowie mają dodatkowy argument, aby wziąć ze sobą lornetkę do opery, a mianowicie napisy. Libretto w języku oryginalnym, jest na bieżąco -  jak w filmie – tłumaczone na wyświetlaczu, a zatem lornetka staje się często niezbędna.

Wnętrze Opery Garnier, drzeworyt,  XIX w., źródło:  snazzie-designz.deviantart.com

Wnętrze Opery Garnier, drzeworyt, XIX w., źródło: snazzie-designz.deviantart.com 

A co ze skandalami? „Cyrulik Sewilski” Rossiniego, to jedno z najwybitniejszych dzieł literatury muzycznej i grane po dziś dzień we wszystkich operach świata, z muzyką napisaną przez Rossiniego – jak sam twierdził – w 12-13 dni (choć najprawdopodobniej skomponowanie partytury liczącej 600 stron zajęło mu około 25 dni).  Jego premiera jednak, okazała się fiaskiem. Z trudem zagrano operę do końca, muzyce towarzyszyły krzyki i gwizdy, na scenę wbiegł kot, hrabiemu Almavivie (bohaterowi) rozstrojono gitarę, a na kompozytora wylano kubeł zielonej farby. Zaskoczenia mogą się zdarzyć także w operze, a w takich momentach… lornetkę warto mieć ze sobą.

Zofia Michalik

Z HISTORII GRAFIKI EUROPEJSKIEJ…

Z historii grafiki europejskiej…

W zarysie historii grafiki europejskiej trudno jest pominąć historię „przybycia” papieru na stary kontynent. Chociaż drukowano nie tylko na papierze, to właśnie ten materiał dawał możliwość wielości zarazem obniżając koszta. Papier (wynaleziony w Chinach) w Europie pojawił się za pośrednictwem Arabów, początkowo na terenach Hiszpanii oraz Sycylii. Pierwsze papiernie europejskie powstały w XII i XIII wieku. Od przełomu wieków XIII i XIV, oraz uogólniając w całym wieku XV kultura arabska była w świecie wiodącą, najbardziej zaawansowaną. Jednak ówczesny Sułtan Osmański – Sulejman Wspaniały popełnił jak się później okazało, ogromny błąd. W 1532 roku wprowadził on zakaz druku Koranu. Powielanie go polegało na przepisywaniu co oczywiście było czasochłonne, w związku z czym księgi trafiały do wąskiego grona odbiorców. Następnie za panowania Sulejmana Wspaniałego wydano drukiem zaledwie jeden traktat dotyczący walki z… Syfilisem.

J.W. Meil, "Der Kupferdrucker" Źródło: lexikus.de

J.W. Meil, „Der Kupferdrucker”
Źródło: lexikus.de

Decyzje Sulejmana zapadały w czasie, w którym „Zachód” kładł nacisk na naukę, ekspansję ekonomiczną, kształtowano i rozwijano kulturę gospodarki kolonialnej. Kultura arabska natomiast utraciła swoją pozycję mocarstwa z powodów religijnych i wpadła w cywilizacyjną zapaść. Odwrotne efekty zaistniały w Europie. Obecność, a nie brak grafiki była tutaj pomocna dla osłabienia władzy duchownych a w efekcie reformacji. Paradoksalnie do postępowania Sulejmana, to wiek XV uznaje się za wiek wielkiego rozwoju grafiki książkowej – jej licznych technik i druku (wystarczy za przykład podać chociażby dokonania Johannesa Gutenberga, który bardzo przyczynił się do rozwoju techniki druku). W Europie coraz prężniej powstają drukarnie, wraz z nimi księgi, a te z grafikami.
W XVI wieku narasta produkcja książek. We wszystkich dziedzinach dostarczane były olbrzymie ilości wzorów artystycznych form.

 Marino M. LUSY [1880 -1953] Portret kobiety w kapeluszu  litografia na oryginalnym papierze japońskim Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

Marino M. LUSY [1880 -1953] Portret kobiety w kapeluszu
litografia na oryginalnym papierze japońskim
Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

Operowano coraz to różnymi technikami graficznymi. Począwszy od drzeworytu (najstarszej techniki) i jego odmian, poprzez miedzioryt – pierwszą technikę graficzną na metalu, stosowaną już w 1 poł. XV w., akwafortę wynalezioną na przełomie XV i XVI wieku, mezzotintę którą posługiwano się od poł. XVII w., akwatintę – wynalezioną po poł. XVIII w. w efekcie poszukiwań poszerzenia możliwości kolorystycznych w grafice, a także litografię od końca XVIII w.. Bez wątpienia, przysłowiem „potrzeba matką wynalazków” śmiało można określać historię rozwoju technik graficznych.

            Istotnym aspektem był nakład, problem ekonomii, grafiki powstawały przecież aby przynosić zysk. Wielu z nadzieją upatrywało możliwość szybkiego i łatwego bogacenia się dzięki tej nowości. Podstawowym pytaniem było „sprzeda się, czy nie?”. Pracowano nad matrycami – ich trwałością: im więcej matryca wytrzyma – tym więcej zysków przyniesie. Grafiki były elementem pożądania – otworzyło to szeroką przestrzeń do handlu, fałszerstw i oszustw. W Wenecji celowo fałszowano dzieła Albrechta Dürera, który w tej sprawie awanturował się w pałacu Dożów. Z oszustwem podejmowano walkę sygnując swoje prace coraz częściej, lecz jak wiadomo, i ten sposób nie był skuteczny całkowicie.

            Rola zapotrzebowania społecznego powiększała się, wraz z nim wzrastała produkcja. W wieku XVII pojawiły się gazety, a z biegiem czasu wszystko co związane z grafiką i drukiem nabierało rozpędu i dynamiki.

Ernst Fuchs (Wiedeń 1930-2015), Narodziny Wenus akwaforta na papierze sygn. p.d. "Ernst Fuchs", l.d. "131/200" Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

Ernst Fuchs (Wiedeń 1930-2015), Narodziny Wenus
akwaforta na papierze
sygn. p.d. „Ernst Fuchs”, l.d. „131/200″
Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

            Pomimo różnic cywilizacyjnych, skutków podejmowanych decyzji przez potężnych władców, trzeba przyznać, że grafika od XVI wieku stanowiła swoisty nośnik kultury masowej. W czasach swojego intensywnego rozkwitu (który trwał przecież kilka wieków), grafika pełniła tą samą rolę co pierwsze radio, telewizja, internet a z nim np. facebook, youtube etc… Pojawienie się grafiki było innowacją, zaczęto masowo przekazywać treści za pomocą obrazu. Jako najlepszy przykład należy podać tzw. Flugblätter – druki ulotne – ulotki, których korzenie sięgają końca XV wieku. Informacja nagle rozprzestrzeniała się szybciej i docierała do większej rzeszy ludzi niż dotychczas. Grafika, pojawiając się w Europie spotkała się z ogromnym zainteresowaniem i zyskała tym samym, znacznie przyśpieszony proces rozwoju.

Maciej Strzelczyk

 

 

SZTUKA NA ŚWIĘTA

Sztuka na święta

 

Wielkimi krokami zbliżają się święta wyzwalając marketingową falę promocji, której celem jest uniesienie rzeszy świątecznych prezent-hunterów prosto w progi najlepiej reklamujących się firm. „Wielka promocja”, „super zniżki na prezenty”, „zimowe cięcie cen”, czy jakże ostatnio popularne i świecące czerwienią „sale sale sale”.  To czas magiczny, w którym przekonanie, że jeśli coś jest tanie to być może jest gorszej jakości, przestaje funkcjonować . Co zatem w tym czasie dzieje się ze sztuką? Czy podlega  ona promocjom bijącym ceny w sposób zadziwiający? Czy święta to czas polowania także na rynku antykwarycznym? A przede wszystkim, co dzieje się na aukcjach sztuki?

Z pewnością prezent z dziedziny sztuki określony zostanie jako niezwykły, nadzwyczajny, zachwycający. Jeśli nawet będzie to kuriozum, obdarowujący spodziewać się może, że docenienie wysiłku włożonego w odnalezienie sprofilowanego podarku, wzbudzi większy entuzjazm w obdarowanym, niż coś łatwo osiągalnego w licznych sklepach sieciowych.

Nicolaas Johannes ROOSENBOOM [ 1805-1880] Na lodzie, olej na płótnie, 63 x 80 cm, obraz z kolekcji Artykwariatu

Nicolaas Johannes ROOSENBOOM [ 1805-1880] Na lodzie, olej na płótnie, 63 x 80 cm, obraz z kolekcji Artykwariatu

Sztuka rządzi się swoimi prawami na co dzień i można by rzec – tym bardziej w czasie świątecznym i przedświątecznym. Uznając, że w istocie w znalezienie odpowiedniego obiektu trzeba włożyć więcej trudu niż przeciętnie, domy aukcyjne wychodzą naprzeciw świątecznym poszukiwaniom, mnożąc tzw. świąteczne aukcje. Z promocją mają one jednak niewiele wspólnego,  wybór jest często zdecydowanie mniejszy, co zatem wyróżnia je na tle innych aukcji? Tendencja w zagranicznych domach aukcyjnych pokazuje, że nie trzeba przeglądać dziesiątek stron katalogów, bo zamiast tego mamy wyselekcjonowaną listę obiektów, wśród których łatwiej  jest znaleźć prawdziwe perełki. Kolejną różnicą są ceny wywoławcze prezentowanych dzieł – kwoty dość pokaźne, chciałoby się rzec „coś za coś”. Czas kosztuje, a nasz czas oszczędza wstępna preselekcja wykonana za nas przez dom aukcyjny. Nie szkodzi, że mniej za więcej, bo jednocześnie lepiej i ciekawiej.

Ciekawą propozycją są aukcje w formule dopuszczającej licytację w dół. Stanowią gratkę nie tylko dla kolekcjonerów, ale także dla widzów, którzy nawet nie zamierzając, mogą dokonać bardzo satysfakcjonujących zakupów. W Polsce takie aukcje zaproponował m. in. dom  aukcyjny DESA Unicum. Na tego typu aukcjach ceny wywoławcze bywają bardzo niskie względem estymacji dzieła, a aukcjoner rozpoczyna licytację obniżając wywołaną kwotę. Jak pokazuje przykład DESY, zdarza się, że pierwsze i zarazem ostatnie propozycje kupna padają czasem przy cenach stosunkowo niskich jeśli chodzi o sztukę użytkową. W przypadku ciekawych obrazów czy grafik ów sposób licytacji doskonale podgrzewa (świąteczną) atmosferę, a ceny rozpoczynające właściwe licytowanie przez potencjalnych nabywców, przekraczają kilkukrotnie kwotę wywołaną na początku.

Aukcja charytatywna Dla Domu w CK Zamek Poznań, źródło: Fundacja Dom Autysty

Aukcja charytatywna Dla Domu w CK Zamek Poznań, źródło: Fundacja Dom Autysty

Poza ramy „świątecznych okazji” wychodzą zdecydowanie aukcje charytatywne, które odbywają się często właśnie w okolicy Świąt. Jest ich wiele, a obiekty na nich proponowane bywają naprawdę niezwykłe. Zwłaszcza ciekawe są aukcje oferujące sztukę współczesną, wśród której znaleźć można obiekty trudno dostępne na rynku sztuki,  ofiarowane przez samych twórców. W przypadku takiej aukcji trudno mówić o nastawianiu się na okazje cenowe, lecz z pewnością biorąc w niej udział, oprócz dzieła sztuki można zyskać znacznie więcej.

Część obiektów sztuki użytkowej ze świątecznej promocji Artykwariatu „Sztuka na tacy”

Część obiektów sztuki użytkowej ze świątecznej promocji Artykwariatu „Sztuka na tacy”

Szukając prezentów w galeriach sztuki nie można spodziewać się dużych zniżek, zwłaszcza w przypadku obrazów sygnowanych nazwiskami znanych twórców. Tutaj prawa rynku wydają się być bezwzględne.  Ceny uzależnione są od ogólnych notowań, a pewnych dzieł po prostu nie można sprzedać za ceny niższe od ich wartości. Nie tyczy się to sztuki użytkowej, która otwiera przed poszukiwaczem prezentowych skarbów prawdziwie fantastyczne możliwości. Delikatna porcelana, dawne srebra czy biżuteria, zdecydowanie różniące się od powtarzalnych, współczesnych wyrobów, to jakże kusząca alternatywa dla marketowego szału. Tym bardziej, że w przypadku artystycznych obiektów użytkowych, oferta  galerii sztuki czy antykwariatów potrafi bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Zofia Michalik

„AKADEMIA KARPETOLOGII.”

 

 

Gdzie Wschód spotyka się z Zachodem, czyli o dywanach

Co można powiedzieć o dywanach? Niby niewiele – chodzimy po nich, czasem odkurzamy, i już! Dlatego propozycję wykładu na ten temat w galerii ARTYKWARIAT przyjęliśmy z niejakim zdziwieniem. Czy jesteśmy dobrym miejscem do mówienia o dywanach? I kto będzie chciał o nich słuchać? Wątpliwości ustały kiedy Pan Mikołaj Pietraszak-Dmowski przesłał nam tytuł wystąpienia: „Akademia Karpetologii. Dywan – dzieło sztuki na podłodze”. Pierwsza część tytułu przypominała, iż istnieje nauka o dywanach. Zaś druga część uświadamiała, że dywan dywanowi nierówny, bywają te niezmiernie wysmakowane artystycznie, i te, które są tylko sposobem na izolowanie od chłodu.

Przykład wspaniałego dywanu perskiego na obrazie „Zaproszenie” Władysława Czachórskiego (1850-1911), z kolekcji galerii ARTYKWARIAT

Przykład wspaniałego dywanu perskiego na obrazie „Zaproszenie” Władysława Czachórskiego (1850-1911), z kolekcji galerii ARTYKWARIAT

Jednak prawdziwy przełom w dotychczasowym traktowaniu dywanów wyłącznie użytkowo przyniósł moment, kiedy to zobaczyliśmy na żywo przedmioty kolekcji prelegenta. Z początku niepozorne, zwinięte w rulony lub złożone w kostkę, wydawały się jedynie przyciężkawymi eksponatami. Lecz rozłożone, ukazane w całej okazałości, zaświeciły własnym światłem. Rozbłysnął jedwab, miękko zalśniła wełna, odsłoniła się mozaika barw. Nagle sensu nabrały abstrakcyjne motywy: środkowy ornament stał się mihrabem, a poboczne zdobienia: przedstawieniami świata sprzed pierwszego grzechu. I to był nasz wstęp do raju. Właściciel dywanów okazał się zarówno pasjonatem, jak i erudytą. Już wtedy, gdy planowaliśmy rozmieszczenie eksponatów, opowiadał o historii i sztuce kryjącej się za kobiercami.

Kolekcjoner w akcji, czyli Mikołaj Pietraszak-Dmowski opowiada o budowie dywanów

Kolekcjoner w akcji, czyli Mikołaj Pietraszak-Dmowski opowiada o budowie dywanów.

 

Od Anatolii, przez Persję, do Chin

Najlepsze miało się jednak dopiero zacząć. Na Spotkaniu ze Sztuką 17 listopada, pan Pietraszak-Dmowski uraczył nas dwugodzinną opowieścią, w której wątki teoretyczne mieszały się z praktycznymi, jakby skrojonymi dla kolekcjonerów, a systematyczna wiedza wprawnie przeplatana była soczystymi anegdotami.

O swej miłości do dywanów pan Pietraszak-Dmowski mówi tak:

Moje kolekcjonerstwo kobierców tliło się we mnie od dawna. Z zazdrością słuchałem relacji kolegi dyplomaty, który w latach dziewięćdziesiątych kupował na targu w Moskwie za niewielkie pieniądze wspaniałe kobierce kaukaskie i turkmeńskie. Wizyta w galerii z kobiercami w Getyndze rozbudziła prawdziwe emocje, ale ceny były na polską kieszeń zbyt wysokie. Przełom nastąpił, gdy pomogłem memu krewnemu kupić dwa dziewiętnastowieczne obiekty do jego dworu i zaraz potem żałowałem, że sam ich nie zatrzymałem. [1]

Zacznijmy od nazewnictwa. Czym dywan różni się od kobierca, a ten od kilimu? Otóż dwa pierwsze określenia dotyczą tego samego typu obiektu, inna jest tylko etymologia słów. Natomiast kilim charakteryzuje się brakiem runa, a więc dłuższego włosa na powierzchni. Na spotkaniu skupiliśmy na kobiercach i dywanach. W Artykwariacie usłyszeliśmy o rozmaitych ich funkcjach, bowiem są takie, które służą do modłów (w skrócie nazywane modlitewnikami), do ochrony i ozdoby wnętrza, jako nakrycia stołów, derki do jazdy konnej, a czasem po prostu… na handel z Europejczykami i Amerykanami. Tutaj trzeba wspomnieć, iż gusta zachodnie nieraz wpływały na wygląd tych dywanów, które tworzone były z intencją sprzedaży – by wspomnieć choćby o formatach dostosowanych do zachodnich wnętrz i kolorystyce kobierców. I tak zieleń to kolor zarezerwowany dla Mahometa, a więc zbyt święty, by zanadto nim szafować na dywanie pobożnego muzułmanina. Z kolei kolor czerwony, z niewielkimi dodatkami żółci, bieli i czerni, dominuje w kobiercach turkmeńskich. To, co podoba się na wschodzie, nie jest już w guście zachodnim, dlatego rynek europejski czy amerykański najbardziej ceni z kompozycje z błękitami czy zieleniami. Dlatego tak ważne jest, by znać tło kulturowe kobierców. Dywany typowe dla regionów silnie zislamizowanych, posiadać będą dekoracje abstrakcyjne, zgeometryzowane. Natomiast dla kobierców z Persji, gdzie zachowała się silna tradycja przedstawieniowa, charakterystyczne są motywy roślinne, zwłaszcza kwiatowe i zwierzęce, związane z wyobrażeniami raju.

Prezentacja najstarszego z kolekcji tureckiego kobierca modlitewnego z początku XIX w., tzw. Kirsehira

Prezentacja najstarszego z kolekcji tureckiego kobierca modlitewnego z początku XIX w., tzw. Kirsehira

Dywan – jak to się robi?

Znawca dywanów z pasją opowiadał o maleńkich osadach w dzisiejszym Iranie lub Iraku, gdzie tradycja tkacka przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Nie zabrakło tu wątków technicznych, dotyczących typów krosna lub splotów różnorodnych dla poszczególnych regionów, a także odmiennych długościach włosa, zależnych od warunków klimatycznych miejsca powstania. W skrócie rzecz można ująć tak: im chłodniejszy klimat, tym runo dłuższe, im zaś goręcej, tym krótsze. Wyjątkiem byli Chińczycy, lubujący się w strzyżeniu utkanych już kobierców tak, by stworzyć trójwymiarowy efekt powierzchni, a więc o różnej długości włosa.

Jak mówi sam kolekcjoner:

Szlachetny kobierzec jest najczęściej gęsto tkany. Oznacza to w wielkim skrócie, że np. na powierzchni 1 dm2 znajduje się 10.000 węzłów, a to przekładać się może nawet na dwa dni pracy dla wprawnego tkacza. O kobiercach mówi się, że są „wiązane”. To bowiem, co wyróżnia kobierce spośród innych tkanin, to runo, wiązane na osnowie. Gdy zatem zwykła tkanina swoją konstrukcję zawdzięcza osnowie i wątkom, to kobierzec ma jeszcze strzyżony włos.

 

Tkacz musiał niekiedy mieć całą kompozycję ornamentyki w głowie – stąd czasem zdarzały się błędy w strukturze. Na zdjęciu prezentacja rzadkiego przykładu dywanu tkanego w poziomie – prawdopodobnie właśnie z powodu „rozlania” ornamentu.

Tkacz musiał niekiedy mieć całą kompozycję ornamentyki w głowie – stąd czasem zdarzały się błędy w strukturze. Na zdjęciu prezentacja rzadkiego przykładu dywanu tkanego w poziomie – prawdopodobnie właśnie z powodu „rozlania” ornamentu.

… i jak sprzedaje?

Na spotkaniu nie zabrakło smaczków z rynku sztuki. Wschodnie kobierce cieszą się popularnością na Zachodzie już od kilkuset lat. Choć największe obroty na tym polu miały miejsce w latach 70. i 80. XX wieku, kobierce stale i niezmiennie lubią Niemcy i Anglicy, kochają Włosi, a Amerykanów na nie po prostu stać. Niemcy wolą kontrastujące, geometryczne kompozycje kobierców kaukaskich, dlatego ceny bardziej stonowanych dywanów perskich są na ich rynku często korzystniejsze. Najważniejszym ośrodkiem w naszej części Europy jest Hamburg, również z uwagi na swój portowy charakter. Tam też aukcje dywanowe budzą podziw rozmachem i ilością obiektów. Warto pamiętać, iż wszystko, co ma swoją cenę, bywa podrabiane. Dlatego zalecamy oglądanie i kupowanie w towarzystwie specjalisty, i tu pana Mikołaja Pietraszaka-Dmowskiego możemy polecić bez wahania. Na porządku dziennym jest bowiem sztuczne postarzanie dywanów przez intensywne wystawianie ich na słońce, by spłowiały. A skoro o słońcu mowa…

Dywan – materia (nie taka) delikatna

Generalnie kobiercom nie szkodzi ekspozycja na upał czy mróz. Co więcej, drastyczne temperatury mogą pomóc zwalczyć największych wrogów dywanu: moli. Groźniejsza dla dywanów jest wysoka wilgotność, ułatwiająca powstawanie pleśni. Dlatego też tak trudno jest dobrze wyczyścić kobierzec. Pranie w pralce jest teoretycznie możliwe, ale już skuteczne wysuszenie wypranego dywanu to wyzwanie, także dla profesjonalisty. Dlatego pan Pietraszak-Dmowski zalecał tradycyjną metodę czyszczenia – uprzednio schłodzonego dywanu – śniegiem.

Kobierce w Polsce

Choć nasz kraj słynął ze wspaniałych kobierców do tego stopnia, iż nazwano szczególny typ dywanów perskich tapis polonaise (o takim przykładzie poczytacie tutaj: http://masterpieces.asemus.museum/masterpiece/detail.nhn?objectId=10315), współcześnie zainteresowanie tą tematyką jest niewielkie. Kolekcjonerzy – jeśli są, nie ujawniają się, a na aukcjach sztuki próżno szukać kobierców. A przecież mamy wspaniałe tradycje zbierania dywanów, na czele z Włodzimierzem Kulczyckim (1862-1936) i jego synem Jerzym (1898-1974), których kobierce możemy podziwiać na Wawelu i w Muzeum Tatrzańskim  (http://www.muzeumtatrzanskie.pl/?strona,doc,pol,glowna,1373,0,780,1,1373,ant.html

Wspaniałą kolekcję podarowała polskim odbiorcom także Teresa Sahakian (1915-2007), dzięki której kilkaset kobierców znajduje się w pałacu Pod Blachą w Warszawie (https://www.zamek-krolewski.pl/partnerzy/fundacja-teresy-sahakian-i-jej-zbiory)

Spotkanie ze Sztuką poświęcone kobiercom zmieniło punkt widzenia słuchaczy – niektórych, myślę, o 180 stopni. Warto doceniać te gałęzie kolekcjonerstwa, które w naszym kraju są niesłusznie zmarginalizowane. Oddajmy na koniec głos Mikołajowi Pietraszakowi-Dmowskiemu:

Wśród zbieraczy kobierców najważniejszym kryterium oceny obiektu jest jego wiek. Im dywan starszy, tym bardziej wartościowy i pożądany. Ale przecież, jeśli stare i przez to rzadkie dywany są poza naszym zasięgiem, bo są trudne do zdobycia i drogie, to przecież można jeszcze zbierać nowsze. One też kiedyś będą stare i z czasem nabiorą wartości. To proste odkrycie legło u podstaw mojej kolekcji i pozwoliło zacząć zbierać kobierce, które niekoniecznie są bardzo stare, ale ładne i dobrze wykonane. W dodatku są to często obiekty niedocenione i nie znajdujące innych amatorów, więc jeśli ktoś pozna się na ich urodzie, może je kupić po przystępnej cenie. (…) Moim zdaniem  kobierce trzeba oglądać jak obrazy lub plakaty.

Dorota Żaglewska


[1] Wszystkie cytaty wypowiedzi czerpię z tekstu Mikołaja Pietraszaka-Dmowskiego, przygotowanego na wystawę własnej kolekcji kobierców wschodnich w Muzeum Okręgowym w Pile (2013-2014 r.)

COŚ DLA SŁONIA… W SKŁADZIE PORCELANY

COŚ DLA SŁONIA … W SKŁADZIE PORCELANY

 

Piękna, delikatna, cenna i niezwykle krucha, to słowa, które kojarzą się z porcelaną. Jednocześnie budzi podziw ze względu na swą urodę i kunszt wykonania oraz lęk i trwogę przed potłuczeniem. Niejeden z nas ma w pamięci podobną sytuację, gdy przytrzymując drżącą dłonią krawędź spodka, próbował przemierzyć krótki dystans, obserwując, jak rozkołysana filiżanka, wypełniona gorącą kawą czy herbatą, „tańczy” na spodku, by po chwili wylądować z całą swoją zawartością na podłodze, roztrzaskana w drobny mak. Dla tych, którym to wspomnienie jest bliskie lub sama myśl o podobnym doświadczeniu ich przeraża, mamy rozwiązanie. Coś, czym cieszyć się będzie nawet przysłowiowy słoń w składzie porcelany.

Trembleza,  Sophienau bei Charlottenburnn (Suliszów - Zofiówka), Joseph Schachtel, 1875-1900 Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

Trembleza, Sophienau bei Charlottenburnn (Suliszów – Zofiówka), Joseph Schachtel, 1875-1900
Kolekcja Galerii ARTYKWARIAT

To trembleza. Nietypowa filiżanka z dwoma uchami, często z przykrywką, którą wyróżnia niezwykle misternie „wypleciony” z masy porcelanowej koszyk, przytwierdzony do spodka. Ów ażurowy koszyk właśnie zapewnia bezpieczeństwo użytkownikowi i miłośnikowi porcelany (1). Utrzymuje na miejscu roztańczone na spodku filiżanki.

Określenie „trembleza”, z francuskiego „tremblaise”, pochodzi od słowa „trembler”, oznaczającego „trząść się”, „drżeć” po francusku. Samą nazwą naczynie zaklina drżących i trzęsących się o dobrobyt porcelany, by nie lękali się i z radością z niej korzystali. Tremblezy wchodziły również w skład podróżnych zestawów naczyń, jak na przykład miśnieńska filiżanka do czekolady z połowy XVIII w., będącą własnością carycy Katarzyny II. Nietypowa forma stawała się często dodatkową inspiracją dla malarzy porcelany, którzy pokrywali te naczynia wymyślnymi wzorami, malowidłami, podkreślającymi ich tektonikę.

Tremblezy są dowodem na to, że porcelana jest dla każdego.

Magdalena Dworak-Mróz

 

(1)    Ciekawe jest śledzenie różnych modeli koszyka i wzajemne inspiracje manufaktur porcelanowych w tym względzie.

WARTOŚĆ SZKICU

WARTOŚĆ SZKICU

 

Rysunki, szkice, studia malarskie spotyka się na rynku sztuki często. Rzadko jednak wycenia się je wysoko. Dlaczego te swobodnie kreślone prace nie wzbudzają takiego uznania, jak dzieła skończone? Czyżby w świadomości odbiorców sztuki wykończenie obrazu czy rzeźby nadal było wyznacznikiem jego statusu jako dzieła sztuki? I czy podświadomie stawiają oni znak równości między tym co wykończone i piękne? Jeśli nawet jest to prawdą w odniesieniu do pewnej grupy, istnieje cała rzesza miłośników sztuki, którzy potrafią dostrzec talent artysty, objawiający się w kilku kreskach czy pociągnięciach pędzla na powierzchni obrazu.

Pojęcie szkicu jest szerokie, obejmuje bowiem nie tylko techniki rysunkowe, kryjące się za łacińską definicją słowa disegno, ale również malarstwo. Imprimatura, pierwsze studium malowidła, naniesione sienną, ébauche – wstępny szkic olejny, croquis – pospieszne zarysowanie sylwetki modela czy pochade, tak cenione przez artystów malarskie kompozycje niewielkiego formatu, które pozwalały na szybkie nakreślenie motywu powstającego w warunkach plenerowych. Te wprawki techniczne robione na cito i in situ posiadały niewątpliwy walor, dawały wgląd w techniczną sprawność artysty, umożliwiały śledzenie jego pociągnięć pędzla i „zaoczne” uczestnictwo w procesie tworzenia. Dawni mistrzowie niechętnie ujawniali tajniki swojego warsztatu. Dla nich odsłonięcie rysunku było ograbieniem ich pracy z pierwiastka tajemnicy, mistycyzmu. Michał Anioł na pewno nie byłby zadowolony wiedząc, iż jego studia do fresków Kaplicy Sykstyńskiej, jego błąkająca się kreska uparcie dążąca do wypracowania właściwych proporcji ciała, stały się przedmiotem badań wielu artystów i historyków sztuki.

XIX wiek wraz z rewoltą impresjonistów przyniósł nowe zadania dla sztuki i jej nowe rozumienie. Ponadczasowy walor obrazów został zdegradowany przez dążenie artystów do oddania wrażenia chwili, wrażenia kreślonego szybkimi pociągnięciami pędzla, nadającymi kompozycji szkicowy, ulotny charakter. To zaproszenie malarzy do obserwacji efektów ich pracy, śledzenia rozedrganych, pulsujących ruchów pędzla na powierzchni płótna pozwalało zbliżyć się do obrazu, doświadczyć go w bardziej namacalny sposób i zmniejszyć barierę dzielącą dzieło od jego odbiorcy. Dziś szkice są poszukiwane na rynku sztuki przede wszystkim ze względu na ów demaskatorski charakter. Posiadają one jednak dużo więcej zalet. Z jednej strony odkrywają tajniki warsztatu artysty, odrzucają nieprzeniknioną powłokę akademickiego fini, ukazując szkielet kompozycji; z drugiej owiane są pewną aurą tajemniczości, jaką nadaje im ich szkicowy charakter, pewien stopień niewykończenia, aspekt non finito, który sprawia, że pozostają one pracami otwartymi. Otwierają się na snucie domysłów: „co by było gdyby”. Bez względu na temat przedstawiony, pejzaż, portret, martwą naturę, czy scenę rodzajową, potrafią intrygować obserwatorów.

Maurice Mendjizky [1890-1951]  Portret młodej dziewczyny, 1935/ 1945? r. Źródło: www.artykwariat.pl

Maurice Mendjizky [1890-1951]
Portret młodej dziewczyny, 1935/ 1945? r.
Źródło: www.artykwariat.pl

Przykładem takiego zaskakującego szkicu jest dziewczęce popiersie Maurice Mendjizkiego. Uchwycone przez artystę oblicze młodej modelki objawia się przed widzem w ujęciu en trois quart. Ten niezwykle subtelny, intymny portret, wydobyły z cienia brunatnej tektury finezyjne ruchy pędzla, pozostające w zgodzie z delikatną urodą modelki. Tożsamość sportretowanej nie jest znana, co pozwala nam się skupić na czysto malarskich właściwościach obrazu. Jasna, ciepła kolorystyka kompozycji, kontrastując z ciemnym tłem pracy, jest przejawem sprawczości światła i barwy, mającej moc kształtowania obrazu. Kilkoma zaledwie pociągnięciami pędzla Mendjizki powołuje do życia ten malarski wizerunek. Śniadą twarz modelki okalają falujące czarne włosy. Postać ubrana jest w niebieską bluzkę z białym kołnierzykiem. W tle majączą ekspresyjne wzory w odcieniach zieleni, błekitu i różu. Całość wyodrębniona z tła w szkicowy sposób sprawia wrażenie, jak gdyby mogła w oka mgnieniu rozpłynąć się w powietrzu. Zaskakujące pozostaje spojrzenie dziewczyny, które kieruje ona w stronę widza. Nieodgadnione, nieprzeniknione, ale zdecydowane, w całej ulotności tego portretu stanowiące mocny punkt oparcia, łączący przedstawioną postać z osobą patrzącego. Ciekawy zabieg artysty koncentruje odbiór portretu na nieuchwytnym ze swej natury motywie spojrzenia.

Magdalena Dworak-Mróz

KOLEKCJONER NA URLOPIE

KOLEKCJONER NA URLOPIE

 

Lato w pełni. Kiedy przeciętny obywatel myśli tylko o tym, jak uciec z miasta, zaczerpnąć świeżego powietrza i swobody w urokliwym wiejskim plenerze lub na egzotycznej plaży, prawdziwy kolekcjoner rozmyśla, jak połączyć przyjemne z pożytecznym… Przyjemne – czyli życiową pasję otaczania się sztuką – z pożytecznym – czyli wakacyjną ucieczką od rutyny dnia codziennego. Kolekcjonerowi z prawdziwego zdarzenia nie wypada bowiem zrobić sobie dłuższej przerwy od pasji zbieracza. Taka pasja zobowiązuje.

Jak zatem połączyć przyjemne z pożytecznym? W dobie Internetu nie stanowi to żadnego problemu. Dostęp online pozwala nie tylko przeglądać ciekawe aukcje, lecz również brać udział w licytacjach, nawet latem. Christie’s, co roku, właśnie w lipcu kończy sezon wielkich licytacji Old Masters oraz Impressionist & Modern. 9 lipca br., w Londynie, wysoko licytowano prace holenderskie, z rodziny Brueghelów, m.in. scenę weselną Pietera Brueghela II sprzedano za 1,2 ml. GBP, podobnie Jacoba Jordaensa – za 1,2 mnl. GBP, Willema van de Velde II – za 1,4 mln. GBP. Najwyżej wylicytowane zostało płótno Chrystus na krzyżu  z warsztatu El Greca, za 2,4 GBP. W tzw. sezonie ogórkowym, podążając za trendami światowymi, wiele domów aukcyjnych oferuje letnie wyprzedaże obiektów. W tym roku takie propozycje przedstawili: Pays De Fayence Enchères & Estimations w Montauroux oraz Auktionshaus Sigalas w Hildrizhausen. W gąszczu obiektów pośledniej klasy udaje się wychwycić nietuzinkowe przedmioty w atrakcyjnej cenie.

El Greco [1541-1614] i warsztat, Chrystus na krzyżu Christie’s London, 2015, 2,4 mln. GBP Źródło: www.christies.com

El Greco [1541-1614] i warsztat, Chrystus na krzyżu
Christie’s London, 2015, 2,4 mln. GBP
Źródło: www.christies.com

Wakacyjne kurorty przyciągają tłumy. Wychodząc naprzeciw letnim migracjom turystów w niektórych nadmorskich miejscowościach, metropoliach okresu wakacyjnego, również organizowane są aukcje. W Polsce od lat takim miejscem jest SDA, Sopocki Dom Aukcyjny. W tym roku, w czasie wakacji odbywa się tam aż siedem aukcji: dzieł sztuki, prac na papierze, sztuki młodej oraz varia. Najbliższe – 8 i 15 sierpnia. Ostatni lot prezentowany na sierpniowej aukcji dzieł sztuki to ciekawostka dla miłośników malarstwa Wojciecha Kossaka. Pod numerem 148 znajdą Państwo srebrną papierośnicę artysty, podarowaną z okazji imienin przez płka Jana Głogowskiego. Wieko zdobi złocona paleta malarska z szafirem, brylantem, szmaragdem, kwarcem migdałowym, imitującymi odcienie farb oraz dedykacją: Wielkiemu Artyście od J.K, 23/ IV 33. Cena wywoławcza – 11 tys. PLN. We Francji, na rynku letnich sprzedaży, króluje Monako i Biarritz. 24. lipca w Monako oferowano m.in. gwasz Hiszpankę Natalii Gontcharovej z estymacją w przedziale 60 a 80 tys. EUR oraz płótno przedstawiające żonę artysty Louisa Valtata [1869-1952], wycenione między 80 a 120 tys. EUR. W tym samym domu aukcyjnym licytowano również zabytkowe samochody. Natomiast Osenat zaproponował w tym roku licytację Speed Boat Museum, gdzie w szeregu antycznych motorówek dla bogaczy znalazła się Cantiere Riva typu Aquarama z 1966 r., szacowana na 250 – 300 tys. EUR. Niestety nie znalazła nabywcy.

Pogoda sprzyja też odwiedzaniu targów staroci. Ciekawsze targowiska odbywają się w Jeleniej Górze oraz w ramach obchodów Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku. Poszukiwaczom skarbów życzymy sukcesów.

Jarmark Dominikański w Gdańsku 25.07.-16.08.2015 r. Źródło: www.trojmiasto.gazeta.pl

Jarmark Dominikański w Gdańsku
25.07.-16.08.2015 r.
Źródło: www.trojmiasto.gazeta.pl

Tych nie zrażonych miejskim skwarem, co lubią spędzać lato w mieście i nie wpatrywać się w ekran swojego telefonu lub laptopa, serdecznie zapraszamy do obejrzenia oferty wystawienniczej i galeryjnej. Największe metropolie prześcigają się w prezentacji atrakcji w sezonie letnim. Londyńskie National Gallery od 1. kwietnia do 13. września zaprasza na wystawę: Frames in Focus The Sansovino Frame, prezentującą ramy obrazów, często bagatelizowane, wymazywane z pamięci, a niejednokrotnie będące dziełem sztuki samym w sobie. Musée d’Orsay w Paryżu zaprasza na wystawę Dolce vita? Art decoratif italien, przedstawiającą włoski design począwszy od le style Liberty, lokalnego wariantu secesji po wzornictwo futurystyczne. W Bode-Museum w Berlinie natomiast trwa wystawa Das verschwundene Museum o stanie faktycznym muzealnej kolekcji obrazów i rzeźb utraconej przez Niemców w wyniku działań wojennych. Nowy głos w dyskusji na temat grabieży wojennych nazistów. A wszystkich złaknionych doświadczania sztuki i  przebywających  Poznaniu zapraszamy oczywiście do ARTYKWARIATu. Tu zawsze znajdzie się coś ciekawego dla kolekcjonera z pasją.

 

Magdalena Dworak-Mróz

SURPRISE, SURPRISE!

SURPRISE, SURPRISE!

 

Kiedy w życie zawodowe wkrada się codzienna rutyna, a człowiekowi przez moment wydaje się, że już wie, jak ten świat jest zbudowany, nagle zdarza się coś, co wytrąca nas z pozornej równowagi. Taką niespodziankę sprawił nam Hermann Kauffmann Jr., malując w 1914 roku Portret dziewczynki. Jego niespodziankę odkryliśmy po stu latach.
Hermann Kauffmann [1873-1953] Portret dziewczynki, 1914 r. 120,5x 120,5 cm (bez ramy); 133,5x133,5 cm (z ramą) olej na płótnie, sygn. p.d. "Herm Kauffmann jun. 1914" Żródło: www.artykwariat.pl

Hermann Kauffmann [1873-1953] Portret dziewczynki, 1914 r.
120,5x 120,5 cm (bez ramy); 133,5×133,5 cm (z ramą)
olej na płótnie, sygn. p.d. „Herm Kauffmann jun. 1914″
Żródło: www.artykwariat.pl

Kauffmann, Niemiec z pochodzenia, imiennik swojego ojca, również uznanego artysty-malarza, związany był ze środowiskiem monachijskim. Ukończył tamtejszą Szkołę Rzemiosł (Gewerbeshule) i uczęszczał do prywatnej Akademii malarstwa. Po studiach krótko przebywał we Włoszech, następnie w Hamburgu, by ostatecznie powrócić i osiąść na stałe w rodzinnym Monachium. Tam wielokrotnie pokazywał swoje prace, m.in. w Szklanym Pałacu (Glaspalast). Jego obrazy eksponowane były również na prestiżowych wystawach w Hamburgu i na Wielkiej Wystawie Sztuki w 1905 roku w Berlinie (1).

Artysta specjalizował się w niewielkich scenach rodzajowych, ukazujących życie rodzinne w zaciszu domowego wnętrza, przedstawieniach kobiet, nierzadko w orientalnym kostiumie oraz portretach. Jego obrazy cechuje wystudiowana kompozycja i akademicka technika objawiająca się gładkim wykończeniem płótna.

Na tym tle Portret dziewczynki jawi się jako praca wyjątkowa pod wieloma względami. Wyróżnia ją olbrzymi format secesyjnej, kwadratowej ramy o boku długości ponad 130 cm, w który wpisuje się kompozycja w formie tonda. Sportretowana, kilkuletnia dziewczynka w eleganckiej, białej sukience, z niebieską wstążką we włosach spoczywa na fotelu. Jasna karnacja młodej modelki, lekka biała tkanina sukienki kontrastują z wzorzystą poduszką, bordowym obiciem fotela i ciemną, butelkową zielenią ścian. Wzrok niewielkiej postaci kieruje się w stronę patrzącego, dziewczynka z odrobiną melancholii i zaskakującą odwagą spogląda na widza. Czy uda nam się „wytrzymać” to spojrzenie? Co kryje się w tych dziecięcych oczach, co sprawia, że tak trudno oderwać od nich wzrok? Wyjątkowość postaci podkreśla element, który jest niewidoczny dla oka, przy pierwszym spotkaniu.

Fragment lica obrazu kryjącego się pod ramę z przedstawieniem białego misia Źródło: Archiwum Galerii ARTYKWARIAT

Fragment lica obrazu kryjącego się pod ramę z przedstawieniem białego misia
Źródło: Archiwum Galerii ARTYKWARIAT

Tajemnicza modelka nie jest jedyną zagadką, jaką zostawił na płótnie malarz. Ta największa, skrywana pod ramą, wymyka się naszemu spojrzeniu w pierwszym oglądzie (2). Dopiero po zdjęciu ramy, w prawym, dolnym narożniku objawia się sylweta białego misia, naniesionego kilkoma szybkimi pociągnięciami pędzla. Ten niespodziewany bohater drugiego planu, z jakiejś przyczyny nie znalazł dla siebie miejsca obok dziewczynki. Dlaczego? Być może artysta zdecydował się go domalować już po ukończeniu płótna… Być może chciał uwiecznić ukochaną zabawkę portretowanej… Sprawić, by nie czuła się osamotniona… Być może Kauffmann, malując ten portret w czerwcu 1914 roku, był świadom zaognionej sytuacji politycznej, zbliżającej się wojny… To malarskie impromptu, dopowiedzenie na marginesie obrazu zmienia w znaczący sposób postrzeganie tej pracy.

 

Magdalena Dworak-Mróz

 

Źródła:

(1) Thieme-Becker, Allgemeines Künstlerlexikon

(2) Szczęśliwymi odkrywcami tajemniczego modela byli pracownicy Galerii ARTYKWARIAT i sympatyzującego ForFormu w osobach: Karolina Leśnik, Michał Błaszczyński oraz Julia Błaszczyńska.